Kolegium Księży Jezuitów, 31-501 Kraków, ul. Kopernika 26
Nasze konto: 37 1240 4650 1111 0010 4312 3240

Informacje dla ofiarodawców •  

Dziękujemy za złożone ofiary!

Apostolstwo Modlitwy

Godziny Mszy Świętych

W niedziele i święta:

6:00,  7:30,  9:00,
11:00,  12:30,  15:30,  18:00

W dni powszednie:

6:00, 7:00, 8:00, 9:00, 15:30, 18:00

zobacz dokładny plan -»

Całodzienna spowiedź

W dni powszednie:

Od 6:00 - 12:00

i od 14:30 - 17:30

 

W niedziele i święta:

Tylko w czasie Mszy Świętych.

Dyżury spowiedników »

 

Aleksandra Dziedzic - radna Rady Miasta Krakowa, Prawo i Sprawiedliwość, PiS Kraków, Rada Miasta Krakowa okręg 5, Bieżanów Prokocim, Podgórze, Małgorzata Wassermann

Homilie

W drodze do nieba

Łk 1, 39-45N

Maryja poprzedza nas w drodze do nieba. Poprzedza nas w rozdawaniu łask. Bo Bóg przez nas pragnie dawać różne łaski.

Tyle różnych łask możemy dawać oraz rozdaliśmy ludziom. Nie zauważamy ich.

A dobrze, że tak jest bo pycha mogła by nas zniszczyć. Ale jak nie zauważamy to życie staje się puste. Tkwimy w takiej sprzeczności.

Adwent po raz kolejny pragnie nam przypomnieć, że otrzymaliśmy więc możemy dawać. I jeśli dajemy to możemy brać i tylko wtedy będziemy w równowadze.

Maryja przychodzi do każdego, kto na to zgadza się. Przynosi Pana. A On jest tym darem który otrzymujemy a później możemy dawać innym.  Spójrzmy na dzisiejszą ewangelię, ona pokazuje, że Pan jeszcze się nie urodził a już działa. Przez Maryję. Choć nie wiemy jak dokładnie, tyle że słyszymy że poruszył się Jan w łonie Elżbiety oraz Duch Święty napełnił.

Tak właśnie możemy mieć w życiu. Być daleko od Pana a Pan działa. Nie znamy jak dokładnie.  On po prostu prowadzi swój Boski plan.

A przecież nie zawsze jesteśmy blisko Pana. Są dni, chwile, a może i całe lata gdy niebo jest dla nas zamknięte jak pisali mistycy.

Jedynie co , to musimy wciąż wybierać się w drogę, iść do innych, a jak nie mamy sił to prosić Maryję.

amen

czytaj więcej

Głos wołającego

Łk 3, 1-6

Głos wołającego na pustyni to weszło do słownika codziennego. Określa bezowocne perswadowanie, przekonywanie do swoich racji lub do jakichś argumentów.
I to jest ciekawe bo tylko święci potrafili przekonywać innych. I to nie wszystkich.
Ale po pierwsze ich było bardzo niewielu a po drugie, że było to bardzo żadkie zjawisko, takie skuteczne przekonywanie. O nim właśnie często się wspomina wymieniając życiorysy świętych czy zasługi jako dowody na świętość. Musiałoby być bardzo dużo świętych żeby przekonać wszystkich na przykład w Kościele a wtedy ewangelia byłaby całkiem przekonująca wielu ludzi.
Niestety bardzo żadko a życie biegnie jak by odporne na głos z nieba. Takie to wokół nas.
Jednak głos słyszymy każdy swój.
A na pustyni staje się on wtedy, gdy przestajemy się nawracać, prostować drogi, zasypywać doliny. Bo może coś tam kopiemy sobie na boku żeby ukryć jakieś dobra, a potem nawet nieraz wpadamy w te dziury.
Do tego te góry trzeba wyrównywać. Może mamy takie mniemanie o sobie, że dla innych stanowimy górę nie do zdobycia?
Żeby to wszystko nie było głosem na pustyni, nasze życie to może warto zacząć od jednego zmieniać. Nie wszystko naraz.
A może nie słyszymy żadnego głosu, który kieruje do nas Bóg?

amen

czytaj więcej

Koniec świata

Łk 21, 25-28. 34-36

Koniec świata w postaci kataklizmów nie do opanowania, sąd Boży nie stanowią już odnośników do życia. Nawet dla wierzących stały się raczej przypowieściami.
Oczywiście śmierć ani nie jest przypowieścią, niestety jest nie do ominięcia.
Ale wydźwięk ostatecznych wydarzeń złagodniał. Przykryło je Miłosierdzie Boże czy przekonanie, że ewangelia to obrazy które wytworzyła ludzka wyobraźnia i nie chcą straszyć albo są najpierw ku pokrzepieniu wzajemnym dla wszystkich.
Ten dawny strach dzisiejszej ewangelii, wydaje się z innej epoki.
Jednocześnie przyswajamy sobie postulat bycia gotowym w każdej chwili na śmierć. To znaczy tak sobie myślimy, że tak trzeba.
W rzeczywistości jesteśmy daleko od możliwości własnej śmierci. Ona zawsze dotyczy najpierw kogoś innego.
A może ze śmiercią jest jak z życiem.
Bo ta ewangelia mówi o wolności od wszystkiego co posiadamy, i kim jesteśmy.
To nazywa życiem.
A dopiero jak tak będziemy żyć to kataklizm nie będzie dla nas straszny. Co się wydaje oczywiste. Zatem i śmierć będzie zupełnie inna niż obecnie, że wydaje się nam daleka. jeszcze jest, nie dla niej czas.
Dopiero jak będziemy żyć, to będziemy mogli myśleć o śmierci. To taka sprzeczność.
A będziemy żyć gdy nie przysłonimy życia obżarstwem, pijaństwem, troskami doczesnymi jak słyszymy czyli tym wszystkim z czym walczymy a wciąż przegrywamy. Bo każdy ma coś co go czyni ociężałym w biegu do nieba. A jak nie ma to jest świętym staje się wtedy.
Kto spośród nas, tak myśli o sobie, święty?

amen

czytaj więcej

Królestwo moje

J 18, 33b-37

…królestwo moje nie jest stąd Pan odpowiada Piłatowi.

Prawdę mówi, ale Piłat nie może jej przyjąć bo nie ma wiary. Żyje w innym świecie. Oraz nie ma zamiaru zmieniać swoich poglądów a szerzej sytuacji życiowej. W przeciwnym wypadku przestałby być prefektem Judei a więc nie miałby władzy. To nic nadzwyczajnego.

Wiele razy nie chcemy porzucić władzy nad czymś co posiadamy, dla ewangelii. Potem żałujemy, chcemy poprawy, zmiany czyli nawrócenia.

Nawet nie sprawa w narzekaniu. Czy winie. Ta zresztą jest ulubionym tematem naszych rozważań o ewangelii.

Zobaczmy jak daleko jest królestwo niebieskie od naszego świata w jakim żyjemy. Nawet tego pobłogosławionego przez nasze modlitwy.

Jest jakaś wielka odległość między naszym życiem a królestwem miłości czy Miłosierdzia. Między naszymi dobrymi chęciami, szczerym życiem a królestwem Pana.

Tak musi być, bo dopiero zmierzamy po nagrodę. Tym jest to królestwo.

Jest jak w tej rozmowie z dzisiejszej ewangelii.

Pan pyta ale Piłat nie odpowiada wprost, stwierdza inni tak powiedzieli. Nawet gdyby mówił wprost nie przybliżyłby się do królestwa aż dopiero gdyby dał świadectwo prawdzie. Czyli stracił życie dla ewangelii. I to jest cała tajemnica królestwa Bożego. Dać mu życie.

Ale to jest tak odległe, nierealne, straszne, teoretyczne jak królestwo od naszego życia. Albo rozciągnięte na całe życie, że tracimy z oczu cel.

Chyba, że znajdziemy się w sytuacji próby. I zwyciężymy. Jedynie gdy poniesiemy śmierć męczeńską to poznamy prawdę. Choć nie będziemy mogli jej nikomu zrelacjonować. A jak ocalejemy to również nie. Bo jedynie poznamy moc własnej wiary oraz łaski. Jednak królestwa nie poznamy.

Jest nie z tego świata i tak już pozostanie. A jednak apostołowie mieli pewność tego królestwa. Oraz wielu innych po nich.

A jak z naszą pewnością, tego Królestwa?

amen

czytaj więcej

Tylko Bóg zna

Mk 13, 24-32

Tylko Bóg zna koniec świata.
My jednak mamy wypatrywać znaków końca świata. Nawet możemy się wyuczyć je rozpoznawać.
Ale o tylu znakach już słyszeliśmy, rozpoznanych przez innych.
Już nikomu nie wierzymy a tylko sami wypatrujemy lub nawet już nie wypatrujemy. Opracowaliśmy własną eschatologię, naukę o końcu świata. Czyli jakoś to będzie! Bo najpierw śmierć a potem spotkanie z Bogiem.
Gdy słyszymy, że dla niektórych nie jest ważne to spotkanie z Bogiem mamy mieszane myśli. Bo z jednej strony to spotkanie dla nas najważniejsze a z drugiej sami nie możemy wiele wyobrazić sobie. Może lepiej faktycznie, nic nie wyobrażać sobie.
Wielu tak praktykowało, że wszystko co wiemy o Bogu nie jest prawdziwe. To tylko nasze ludzkie uwznioślenie. A Bóg jest inny, to
i koniec świata będzie inny niż sobie możemy wyobrazić.
Jednak gdy zaprzestajemy myśleć o końcu świata o spotkaniu z Bogiem wyraźnie czegoś nam brakuje. I tak od obojętności do gorliwości pulsuje nasze serce.
Inaczej nie będzie, zapewnia nas Pan, w tej ewangelii. Gdy pojawią się znaki to poznamy i będziemy wiedzieć z pewnością. Tylko kiedy się pojawią? Tylko ich nie potrafimy zobaczyć.
Nic takiego nie następuje, a jest jeszcze gorzej bo miało spełnić się w pokoleniu Pana, ten koniec świata. W tamtym pokoleniu miało nastąpić.
Nic takiego nie zaszło i teraz jesteśmy bezradni.
Bóg się rozmyślił? Pan się pomylił? W konsekwencji powstaje myśl, to wszystko nieprawda?
Dla nas śmierć, to koniec świata.
A po drugie, Bóg jest we wszystkim albo w niczym. Albo czuwa nad wszystkim albo nad niczym.
Jedynie tak można żyć. Wybierając jedno albo drugie. I To jest nasz koniec świata, już więcej nic nie potrzebujemy wiedzieć.
Wszystko inne może być ale nie musi, żeby żyć oraz umrzeć.

amen

czytaj więcej

Jak daleko odeszliśmy od ewangelii

Mk 12, 41-44

Możemy się zastanawiać jak daleko odeszliśmy od ewangelii.

Ona mówi nam dziś abyśmy wszystko z naszego utrzymania oddawali Bogu. To jest niemożliwe, nierozsądne, niepochwalane, zakazywane nawet. Trzeba by nic nie mieć. A skąd potem brać? W jaki sposób zapewnić opiekę za których jesteśmy odpowiedzialni.

Czy takie oddanie wszystkiego ze swego utrzymania nie jest drogą do chaosu w życiu indywidualnym ale i społecznym. Wyobraźmy sobie że wielu nic nie ma i teraz błąkają sie aby mieć z czego żyć? Jak by funkcjonowali lekarze na przykład? Jak by operował chirurg który nie dotarł do kliniki na czas bo nie ma na bilet autobusowy? Utopia lub konieczność przeorganizowania życia społecznego albo konieczność zamknięcia się w jakiejś jak to mówimy sekcie.

Może ta ewangelia dotyczy samotnych wdów, lub samotnych starszych dla których życie dobiega końca bo nic ich nie czeka oprócz śmierci. Chociaż ewangelia jak wiemy jest dla każdego.

Dlatego ci co wrzucali ze swego dostatku nie są potępieni przez Pana. Również Bogu dali ofiarę. Jest taka ofiara przyjęta.

Możemy zatem próbować nadać sens duchowy tym słowom.

Że oto Bóg jest najważniejszy, na Niego zatem nakierowujemy swoje myśli, cały wysiłek wewnętrzny. Choć tak może być to jednak możemy zgubić bliźniego wtedy. Nie raz tak było, tak możemy obserwować albo sami doświdczamy tego. Czy to gdy nas gubią czy gdy sami gubimy kogoś bo akurat właśnie musimy o Bogu myśleć coś zrobić dla Pana.

W każdej sytuacji możemy ofiarować Bogu siebie albo zaniechać. Dać coś albo żałować i zachować.

Gdzie ta miara jest?

Tylko w sercu.

Tam nikt nie ma wglądu. Tylko Bóg.

Czy to jest pocieszające czy deprymujące? Bo możemy nadużywać Boga. Ale czy to ma sens? Albo dlaczego później jest nam smutno? – nie dziwmy się naszej duszy. Albo raczej ta ewangelia to słowa które tłumaczą nam nasze szapranie się w życiu.

amen

czytaj więcej

Miłość jest najważniejsza

Mk 12, 28b-34

Bóg jest miłością.
Pan z miłości dał się ukrzyżować. To miłość podniosła Go z martwych.
Z miłości, będziemy rozliczani po śmierci a w zmierzchu życia jak odkrywamy brak miłości to rodzi się gigantyczna panika, od której można postradać zmysły albo rozum.
A dziś słyszymy, że uczony który to wszystko wiedział, nawet głośno publicznie mówił, był zaledwie niedaleko (…) od królestwa Bożego.
A niedaleko to jednak nie oznacza, że w królestwie. W takiej sytuacji może widać królestwo a może coś je zasłania. Jak w górach, że niedaleko jesteśmy od schroniska ale nawet go nie widać, bo trzeba jeszcze przejść polankę oraz las i dopiero tam gdzieś jest. Niby niedaleko, a pobłądzić można w każdej chwili. Albo pies przyleci, taki groźny od bacy.
Wiedza to jedno a praktykowanie to drugie. A brak odwagi to coś trzeciego co może towarzyszć jednemu oraz drugiemu.
Jak u rozmówców z dzisiejszej ewangelii.
Milczeli, bo bali się zapytać. Miłujemy a boimy się praktykować. Albo wiemy, że mamy praktykować a nie czynimy. Oprócz tej miłości potrzebna jest jeszcze odwaga.
W tej ewangelii nie ma nic na temat odwagi, skąd ją brać. Może jedynie tylko tyle, że uczony pyta się a inni tego nie czynią.
Może trzeba właśnie pytać? Zawsze, wszędzie, każdego. Może gdyby się zapytali jak być w Królestwie a nie tylko jak być niedaleko Królestwa, to byśmy i my przy okazji wiedzieli skąd brać odwagę.
A tak musimy się zmagać z odwagą żeby zacząć miłować a potem żeby miłować.
Może jednak mamy odwagę oraz miłujemy, tyle że jak  w ewangelii wciąż jesteśmy tylko niedaleko od królestwa Bożego, a nie w Królestwie. I to nas może smucić.

 

czytaj więcej

Wszystkich Świętych ’18 r.

Są święci o których myślimy automatycznie, że są świętymi.

Są święci o których wiemy, że są świętymi ale nie zauważamy tej świętości. Oni tak zrośli się ze swoją świętością.

Tak na przykład Święci Apostołowie. Mówimy co prawda święty Piotr. Ale ta świętość jak by była na drugim planie. On jest Piotrem! Pierwszy papież wybrany przez Chrystusa. Zaparł się ale potem oddał życie. Jest oczywista ta świętość, dlatego jej nie zauważamy.

Albo święty Paweł. Napisał tyle listów, występuje w Dziejach Apostolskich które kontynuują ewangelie. Jest świętym Pawłem ale to jest ten Paweł co z Piotrem występuje wliturgii.

Albo święty Franciszek z Asyżu.

Biedaczyna, fundator szopki. Dobry człowiek miłujący każde stworzenie. Świętość jak by była oczywista. Albo nie ważna w sumie bo on jest Franciszkiem z Asyżu.

Albo święty Maksymilian Kolbe. Jest święty choć bardziej widzimy to, że oddał życie w obozie koncetracyjnym, albo że był takim wielkim orędownikiem Maryi.

Święta Faustyna Kowalska. Najpierw myślimy o Miłosierdziu Bożym albo o Jej trudnej drodze. A święta to albo oczywiste albo w sumie nie takie ważne czy oczywiste.

A są święci którym świętość dodaje blasku, albo właśnie wydobywa się na plan pierwszy. Na przykład święty Ewagriusz z Pontu. Nieliczni wiedzą kto to, bo dawno żył, ale że jest święty to myślimy sobie - musiał być jakiś nadzwyczajny w swojej wierze.

Być może decyduje o tym wiedza o danym świętym a czasami moda. Jeszcze jakiś czas temu święta Rita była znana tylko w jakimś wąskim gronie. A dziś gromadzi tłumy. Tak pewnie też jest w każdym kraju albo regionie kościelnym, kontynencie czy państwach.

A nasza świętość jaka jest?

Niezauważona przez nas czy odwrotnie. To w ogóle może wydawać się niestosowne takie pytanie. Nie ma co myśleć o świętości, to jest pycha. Lub tak bardzo odległe od życia codziennego. Gdzie tu miejsce na świętość?

- O mój Boże! O wszyscy święci! Czy takie myśli przebiegają nam w głowie gdy myślimy o własnej świętości? Zdziwienie? Zdenerwowanie? 

amen

czytaj więcej

Ewangelia mówi o ubóstwie

Mk 10, 17-27

Tak często wyobrażamy siebie w chwilach trudnych, że jedyne co pragniemy to upaść na kolana! Prosić o pomoc Boga!
A cokolwiek On zdecyduje to spełnimy, byle nas wysłuchał!
Widzimy dziś, że Pan wysłuchał prośby człowieka. Powiedział mu co ma czynić. Ale odpowiedź okazała się dla niego za trudna.
Czy aby my sami nie odrzucamy odpowiedzi Boga bo są za trudne a potem jesteśmy zaskoczeni rozwojem życia?
Oczywiście, że tak jest.
Dziś ewangelia mówi o ubóstwie.
Gdybyśmy potrafili być ubodzy nie musielibyśmy się martwić co
o nas powiedzą. Nawet co pomyślą inni, albo gdzie mamy żyć czy pracować? A tak, to szukamy kompromisu.
Bo odpowiedzi Boga są wymagające. Nikt za nas ich nie spełni. Nikt nam nie pomoże w ich wypełnieniu a już napewno nikt za nas(!) ich nie wypełni.
Są trudne odpowiedzi Boga bo jedynie On jest dobry. Z dobroci płynie ta twardość.
Dobro nie uznaje kompromisu. Nie może być cos dobre a jednocześnie złe. Nie osiągniemy nic, gdy będziemy pozorowali wypełnianie. Lepiej już nie udawać.
Można co prawda ze strachu wypełniać, ale do czasu tylko gdy odkryjemy, że brakuje nam sił.
A człowiek z ewangelii odszedł smutny. Może przemyślał odpowiedź. Może uznał, że to było głupie cała sprawa z tym pytaniem o niebo. Nie wiemy co było dalej.
Wniosek jest ważny. Tylko szczerość jest drogą. Bóg wszystko może. Najłatwiej w to uwierzyć gdy musimy padać na kolana. Najtrudniej gdy chcemy żyć słowem Bożym.

czytaj więcej

O piekle

Mk 9, 38-43. 45. 47-48

Dziś o piekle mówi Pan.

Żadko można usłyszeć w Kościele o piekle. Temat jak by schodził z pola zainteresowania kaznodziei.

Natomiast słyszymy, że oto jakiś robak będzie gryzł bez końca.

Dawniej sądzono, że sprawa dotyczy kary dla potępionego, którą w swojej Sprawiedliwości wymierza Wszechmocy Bóg za pomocą bólu zadawanego przez robaka.

Teraz odrzucamy tę srogość Boga. Ona nie mieści się w naszym wyobrażeniu. Może też za sprawą Miłosierdzia. Jedno wyklucza drugie, po jakimś zastanowieniu.

Ale z tej ewangelii może wynikać, że faktycznie Bóg wysyła jakiegoś strasznego robaka, a po prostu nasze wyobrażnie co do ostatecznych spraw jest marne i stąd to wszystko wydaje się niemożliwe bo archaiczne.

Inna możliwość, robak jest w tych potępionych. Bo wynika z ich życia.

Jeśli było budowane na złu spowoduje, po śmierci mękę. Zło wyrządzane powróci do autora zła, po to aby go niszczyć bez końca. Karać, ale w ten sposób żeby mógł być niszczony przez całą wieczność. Wtedy to nie Bóg wysyła robaka a sam sprawca zła.

Czy to się mieści w obrazie Boga Miłosiernego? Każdy sam rozstrzyga.

A czy zło wraca później, to, którego jesteśmy autorami?

Ewangelia przekonuje, że po śmierci wróci z pewnością.

Może faktycznie zło ma taką siłę, że wraca nie tylko w wyrzutach sumienia oraz w konsekwencjach za życia ale i po śmierci. Skoro najmniejsze dobro jak podanie kubka wody zamienia się na wieczność, to dlaczego by nie zło?

Zło zawsze doprowadzi do przegranej. Choć trudno w to wierzyć patrząc na ilość zła na świecie albo na nasze życie. Pomimo, że tak jest zła nie ubywa na świecie. Nic nie potrafimy nauczyć się od poprzedników. Od własnej historii życia. Ciągle popadamy w grzech prawie taki sam. Niektórzy rozwiązali ten problem bo wyrzucili samo słowo grzech ze swojego słownika.

Nam pozostaje nieustannie domagać się od nas samych walki ze złem, nawet jak by już nikt na świecie nie uważał tej walki za cokolwiek znaczącą..

Taka walka kojarzy mi się z odpowiedzią świętej Matki Teresy  na pytanie dziennikarza: - Matko co trzeba zmienić w Kościele?

- Mnie i Ciebie.

amen

czytaj więcej
środa, 23 września 2020